kaloryfery

Kaloryferowy zawrót głowy trwa. Ponieważ postanowiłam nie wymieniać starych na nowe, przynajmniej nie w najbliższym czasie, to niezbędnym stało się doprowadzenie starych do wyglądu użytkowego.

Dylematem było jak się do nich dobrać, ale jak to mówią, czasem lepiej poczekać zamiast kombinować. Tak więc wraz ze wstawianiem okien, niezbędne okazało się obrobienie nowych parapetów. W tym procederze przeszkadzały kaloryfery, a ponieważ akurat remont sieci jest i woda spuszczona z instalacji to… można kaloryfery odpiąć. Można, można. Skoro można, to się robi. Robi się zaś tak… znaczy odkrywa się kolejne pokłady tapety, z którą należy się rozprawić i definitywnie, oraz ostatecznie rozstać.

odszorowany paskudek od „ładnej” strony wyglądał tak:

a od brzydszej strony – ciekawie prezentowało się we własnej osobie Żeliwo…

jaki jestem śliczny i bielusi… rzecz jasna – dnia następnego kompan również stal się godny większego brata… ;)

Zostaje w prawdzie jeszcze zielony ohydek, ale i z nim sobie poradzę. W swoim czasie. Wszystko na spokojnie.

nowe okna

Nie może być tak, że skoro pokazałam co miałam, to nie pokażę co mam teraz. Chociażby dla różnicy jaka była. Normalnie to Był koszmar – co było widać, a teraz? Teraz czuję się jak królowa z nowymi okienkami.

no dobrze – jak Panienka z Okienka… :)

Tak, okna są jeszcze nie obrobione, ale ta czynność musi poczekać do soboty lub do przyszłego tygodnia. Mogłabym spróbować zrobić to sama, ale nie czuję pociągu do zdobywania kolejnych umiejętność z założenia postrzeganych jako męskie. Owszem mogłabym, ale bez tego przeżyję i brak mi na ich naukę jakichkolwiek chęci.

Doprawdy, powoli zaczyna być widać jakiś koniec. Na tę chwilę bardziej jeszcze jakiś niż koniec, ale już jest dobrze. Zostało do zrobienia mniej niż więcej. Pod warunkiem, że nie będziemy wnikać na razie w stan łazienki…

dawno mnie tu nie było

Może dlatego, że ani zacięcia, ani czasu, ani wielu prac nie miałam zacięcia aby wykonać. Niechęć jest we mnie, ale to nie znaczy, że zupełnie nic się w Wersalu nie dzieje. Choć rzecz jasna nie dzieje się tyle ile chciałabym i nie tak szybko jak chciałabym. Trochę jednak sama jestem sobie winna gdyż to ja nie miałam większego zacięcia do jakichkolwiek działań.

Tymczasem to futryny w mieszkaniu są odczyszczone i odmalowane, na biało, bo jakżeby inaczej. Stare skrzydła drzwiowe są docięte do nowych płytek, jak się uporam z oknami, to będą czyszczone i malowane.

Co do okien. Cóż, właśnie wczoraj pożegnałam te stare na rzecz tych, które da się otworzyć, umyć i przez, które cokolwiek widać. Dzięki czemu teraz gotówkę po prostu wizualizuję i zaklinam, aby pojawiła się na moim koncie. Niechaj się zmaterializuje teraz i już. Na początek, może 5 do 10 tysięcy. Zdecydowanie poprawi mi to humor.

Ze starymi oknami zupełnie bez sentymentu się rozstałam. Brak sentymentów wiąże się z ich stanem – co poniżej wrzucam na pamiątkę…

okno w sypialni

okno w „salonie”

Na całe szczęście, od wczoraj, to już historia. Oczywiście, teraz kwestia w karniszu, i o ile do małego pokoju mam zakupiony, o tyle „salon” jest problematyczny, gdyż nie wiem, czy chcę montować karnisz do sufitu, czy do ściany… Tymczasem chyba jednak zakupię rolety, ale za nic nie będę ich montować na nowych oknach! Robić dziury w nowych oknach – no chyba bym dostała pomieszania z poplątaniem ze złości. Rolety na okna tylko w kuchni i grajdołku… i to tylko dlatego, że zostało na nich wspomnienie po poprzednich właścicielach… czyli właśnie DZIURY w plastikach!!! Nie wiem, czy to złośliwość, czy głupota, czy co jeszcze innego, że poprzedni właściciele nawet uchwyty (choć nie wszystkie) do rolet wymontowali. Chyba złośliwość, bo mniej więcej polowa jest wymontowana, a połowa zostawiona… rzecz jasna tak, że na żadnym oknie niema kompletu…

piwnica

Razem z zakupem mieszkania przypadła mi w udziale przynależna do niego piwnica. Nie jest jakaś wielka, ale jest. Przydaje się na różne klamoty. Swoją widziałam przy zakupie mieszkania i … wczoraj widziałam ją drugi raz. Ponieważ z posuwającymi się do przodu pracami remontowymi, owszem mozolnie posuwają się, ale jednak się posuwają, i wiem, że żółwie to sprinterzy przy mojej szybkości prac, ale jest kila rzeczy które nie są już na górze potrzebne, więc można by je znieść do piwnicy… skoro ją mam.

W czym problem więc był? Otóż nie bardzo pamiętałam która to jest moja…. doszłam więc do wniosku, że przecież mam klucze i po prostu te w pobliżu rejonu w jakim moja powinna być, posprawdzam i już.

Znalazłam więc moją piwnice i dupa jaś. Nic do niej nie wyniosę zanim nie zmienię zamka gdyż jest tak rozwalony, że byle czym można go otworzyć. Nie mam zamiaru znosić do piwnicy jakiś bezcennych, czy choćby drogocennych przedmiotów, ale wole mieć cień nadziei, że moja piwnica jest moją piwnicą, i że nie każdy jednak może do niej wejść.

No i proszę bardzo, jak nic przyda mi się zamek wymontowany ze starych drzwi wejściowych. Drzwi były stare, ale zamek był nowy, założony po zakupie mieszkania, więc doszłam do wniosku, że może być przydatny jeszcze i oto ma swoje miejsce na ziemi… tylko nie pamiętam gdzie go położyłam… jak już sobie to przypomnę i zamienię zamki, to jeszcze będę musiała wynieść drzwi jedne, które tam stoją… skoro futryna kuchenna poszła na śmietnik więc… drzwi niechaj też do niej dołączą… zyskam dzięki temu miejsce na 2 regalik do piwnicy… i na nic więcej praktycznie miejsca już tam nie zostanie.

kuchnia, kuchnia, kuchnia

Kuchnia obecnie determinuje moje działania. Działania, których motywem przewodnim jest sama kuchenka i mam oto upatrzoną i zaklepaną. Tylko miałam mały problem z gotówką na nią. Jednak w ramach poszukiwania rozwiązań tego problemu, dowiedziałam się, że mogę wziąć 20 tysięcy na hulanki i swawole. Tia, jak dają to się podobno bierze, tylko, że kto będzie to za mnie spłacał. Mnie się jakoś nie uśmiecha. Nie na tę chwilę. Powoli. Pożyjemy zobaczymy.

Jednak dziś mam zamiar dograć i sfinalizować sprawę owej mojej kuchenki. Oczywiście tej ze zdjęcia z poprzedniej notki. No i jeszcze się ogólnie nie chwaliłam chyba płytkami na kuchennej ścianie. Ściana w prawdzie jeszcze nie pomalowana do końca jest. Znaczy jest pomalowana, na biało, ale docelowo ma nie być biała. W okolicy płytek nie ma to jednak znaczenia, gdyż zwyczajnie, zakryta zostanie szafkami. Chodzi o przeciwległą ścianę, gdzie w okolicy stał będzie stół… Oczywista, oczywistość farba będzie zmywalna. Dlaczego? O tym pisać nie ma sensu, bo każdy, kto ma kuchnię do kuchniowania, a nie do pokazywania, to wie jak to z kuchnia bywa…

Mam zagwozdkę. W postaci kaloryfera. Miałam w zamiarze go wymienić na nowy, wywalić i takie tam, ale Panowie ze spółdzielni wytłumaczyli mi, że na tę chwilę to może nie koniecznie dobry pomysł jest. No nie wiem, nie wiem. Nadal mam co do tego dylemat. Niekoniecznie wiem jak zmienić kolorystykę tego urządzenia, tak aby nie straszył aż tak bardzo. O co chodzi? Proste. Obecnie kaloryfer w pokoju Młodego nadal ma magiczny kolor, jak na poniższej fotce, a rzecz jasna, bardziej odpowiadałby mi biały lub chociaż srebrny, ale nie zielony…

Zwyczajnie owa zieleń w żaden sposób nie współgra ani z moja wizją całości, ani z wizją na własne cztery ściany Młodego. Zielony? Zielony? A na cholerę mi zielony…. jak jest nam potrzebny niebieski, biały lub srebrny… choć osobiście, niebieski to ja bym sobie odpuściła na rzecz bardziej neutralnej wersji kolorystycznej… najchętniej bieli… ale wiecie jak to gadać z młodymi… czasem trzeba po prostu poczekać chwilę, a ich wizja się zmieni… tylko żeby mi nie wyskoczył z czarnidłem jakimś, które później zamalować to dopiero będzie wyzwanie…